Na początku każdej choroby jest psychika

Motto współczesnego hipochondryka powinno brzmieć następująco: „Nie ma ludzi zdrowych. Są tylko źle zdiagnozowani”. Aktualna re-definicja hipochondrii powinna jeszcze zawierać informację, że jest to choroba zakaźna, która najłatwiej przenosi się poprzez kontakt z internetem.

Po pierwsze, definicja zdrowia przyjęta przez Światową Organizację Zdrowia mówi, że zdrowie to nie tylko brak choroby, ale przede wszystkim „poczucie fizycznego i psychicznego dobrostanu”, a o to znacznie trudniej niż o nieobecność dolegliwych objawów zapalenia zatok czy dyskopatii.

Po drugie, aktualne założenia rozwoju medycyny jako nauki są z grubsza takie, że większość naszych problemów zdrowotnych ma podłoże w biologii. W tym nowym rozumieniu chorobą, zespołem lub syndromem wymagającym leczenia jest więc nie tylko banalne przeziębienie czy znacznie poważniejsza „wieńcówka”, ale również to, co dotąd nie wchodziło w zakres zainteresowań medycyny. Na przykład zahamowania albo fobie.

Opisy symptomów tych nowych chorób, zespołów i syndromów krążą zaś po internecie, gdzie całe społeczności zawzięcie dyskutują na przykład o ignorowanych przez oficjalną medycynę objawach boreliozy. Boli kogoś głowa, no to wklepuje w przeglądarkę „bóle głowy, przyczyny” i za chwilę już wie, że to może być: glejak, tętniak, SM, udar, wylew, ale też toksoplazmoza lub – naturalnie – borelioza.

W tej sytuacji hipochondryk, czyli – jak stanowi aktualna definicja encyklopedyczna – człowiek, który przesadnie koncentruje się na swoim zdrowiu, dopatruje u siebie symptomów różnych groźnych schorzeń, a potem usiłuje przekonać kolejnych lekarzy, jak bardzo jest chory, ma teraz wyjątkowo sprzyjające warunki do kreatywnej autodiagnostyki. Epidemii hipochondrii sprzyja też – paradoksalnie – wzrost przeciętnego poziomu świadomości na temat zagrożeń zdrowotnych płynących ze środowiska. No bo jak się tu nie rozchorować, skoro z każdej półki w spożywczym czyha na hipochondryka zabójczy cholesterol, mordercza sól i trująca glukoza, na polach rośnie – na jego zgubę – roślinność modyfikowana genetycznie a do wody dodawana jest szkodliwa „chemia”, o kleszczach roznoszących boreliozę po trawnikach, to już nawet nie wspominając. Ba, osobisty kot może być nosicielem groźnej dla życia toksoplazmozy!

Toteż obok hipochondryków „prawdziwych”, czyli ludzi cierpiących na poważne zaburzenie nerwicowe, polegające na przesadnej obawie o zdrowie (stanowiących mniej więcej 2-4 procent populacji), rośnie też liczba chorych z urojenia produkowanych przez media. Bo to zwykle właśnie one podają doniesienia ze świata medycyny w tonie sensacji.

Tymczasem już wiadomo, że na początku każdej choroby jest nasza psychika. Za każdym zachorowaniem kryje się osłabienie naturalnego układu odporności. Ten zaś okazuje się wyjątkowo wrażliwy na negatywne bodźce ze strony układu nerwowego. Najlepszym przykładem tego sprzężenia jest zespół stresu pourazowego, kiedy dramatyczne doświadczenie natury psychicznej może w następstwie sprowokować szereg poważnych zaburzeń fizjologicznych. Podręcznikowym przykładem działania tej zasady jest także „syndrom trzeciego roku”, kiedy to większość studentów medycyny odkrywa u siebie objawy tych wszystkich chorób, o których istnieniu dowiaduje się z podręczników diagnostyki.

Nie trzeba zresztą studiować na AM. Wystarczy zajrzeć do „Podręcznika hipochondryka” (2009) autorstwa brytyjskiego dziennikarza Johna Naisha. Zebrane tam relacje prasowe dotyczące najnowszych odkryć w dziedzinie medycyny, z każdego relatywnie zdrowego czytelnika są w stanie uczynić chorego z urojenia. O ile wcześniej nie umrze on z przerażenia czytając, jak to romantyczna kolacja przy świecach może się skończyć śmiertelnym zatruciem ołowiem. Lekturę może też zakłócić letalny atak śmiechu. Bo trudno zachować powagę dowiadując się o takich jednostkach chorobowych, jak udar telefoniczny, demencja szczękowa lub nerwica roszczeniowa!

Tymczasem nie ma się z czego śmiać, bo hipochondria to całkiem poważny problem medyczny. Chorzy z urojenia odczuwają bolesne symptomy w sposób fizyczny. I cierpią naprawdę. Zamiast odsyłania z kwitkiem wśród ironicznych komentarzy, powinni więc otrzymać sensowną pomoc psychologiczną.

Czytelnicy codziennej prasy, regularnie zarażający się z gazety kolejnymi mutacjami boreliozy, powinni zaś wziąć pod rozwagę, że zgodnie z ustaleniami Johna Naisha strach przed chorobą zabija częściej, niż sama choroba.

Według oficjalnych statystyk medycznych hipochondrycy żyją krócej!

Artykuł pochodzi z Deon.pl / Marian Polak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *